Zygmunt Broniarek

Plotki płotki i GRUBE RYBY

Zalążek prywatnego tygodnika           nr. 669  rok XIV

Bogusław Kaczyński : Jak Kiepura zdobywał sławę.

odcinek pierwszy: „Fiołki we Lwowie i propozycja z Paryża"

Tegoroczny — i Noworoczny - Koncert z Wiednia (transmitowany przez naszą „Dwójkę" w niedzielę, 1 stycznia 2012 w południe) znajdował się pod dyrekcją Mariusa Jansensa, który okazał się do tego stopnia artystą nowatorskim, że już zaczęto o nim mówić jako o „inicjatorze nowego etapu" w historii tego koncertu. Dla polskiej publiczności było równie ważne to, że jego przebieg komentował Bogusław Kaczyński, którego głos i werwa wskazywały, że jest w pełni sił po swojej długotrwałej rehabilitacji. A ponieważ w tym „serialu" dużo będzie o Wiedniu i o rodzinie Straussów, to zacznę od wydarzeniu, które prostuje pewną nieścisłość, jej dotyczącą.

Lucjan Kydryński, autor „Przewodnika Operetkowego - wodewil - operetka -musical" (Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Warszawa, 1977), pisze, że „chyba najpiękniejszym walcem świata" jest walc Johanna Straussa młodszego 'Nad pięknym, modrym Dunajem'". Walc ten zresztą kończy każdy Noworoczny Koncert z Wiednia. Tak się złożyło, że 4 grudnia 1987 roku odbywał się w Narodowym Klubie Prasy w Waszyngtonie roboczy lunch, na którym miał przemawiać Zbigniew Brzeziński/. Ale przed tym siedział przez pewien czas przy stoliku, który mi przypadł w udziale, ponieważ przyprowadził ze sobą swego przyjaciela, dr Friedricha Gleissnera, dyrektora departamentu w Austriackiej Izbie Ekonomicznej. Siedzieliśmy tak, że dr Gleissner oddzielał mnie od Brzezińskiego. Wymieniliśmy wizytówki, a ja, widząc wizytówkę dr Gleissnera, powiedziałem „Wien, Wien, nur du allein // Sołlst stets die Stadt meiner Traeume sein" („O, Wiedniu, Wiedniu, Ty, jedyny // Będziesz na zawsze miastem moich marzeń"). Są to pierwsze słowa walca pod tytułem - właśnie - „Wiedeń - miasto moich
marzeń".

Na to dr Gleissner: „Powiedzieć te słowa, to każdy potrafi, ale zaśpiewać...?".
Patrzę na Brzezińskiego, a on odpowiada lekko kpiącym uśmiechem, jak by chciał okazać: „Zobaczymy, jak się zachowa ten komunista z Warszawy".
Więc zaśpiewałem, na szczęście nie fałszując.
Dr Gleissner (rozbawiony): „Angażuję pana do Opery Wiedeńskiej"
Brzeziński, jak gdyby go strofując, dodał: „Ale tylko na jeden sezon". I odszedł do stołu prezydialnego.
A dr Geissler do mnie: „Czy pan wie, kto skomponował ten walc ?".
Ja (z całą pewnością): „Oczywiście. Któryś ze Straussów".
Dr Geissler: „Akurat tego walca nie. Skomponował go pański rodak, Rudolf Sieczyński, który tworzył w Wiedniu". Jak widać, mój „triumf był dość krótkotrwały.

O Wiedniu pisze dużo Bogusław Kaczyński w swej książce „Jan Kiepura" (Wyd. Casa Grandę, Warszawa, 2011). To fascynująca lektura, która, mając za główny temat śpiewaczą karierę „Chłopca z Sosnowca", zwraca baczną uwagę na zjawisko, które w okresie międzywojennym (1918-39)  albo  w Polsce w  ogóle  nie  istniało  w sensie samodzielnej postawy śpiewaków operowych albo było przez nich oddawane w pacht impresariom —z różnym zresztą skutkiem. Chodzi o „Public Relations" (takiego pojęcia też się w Polsce nie używało). Tymczasem w stosowaniu tego instrumentu zdobywania sławy, Jan Kiepura był takim samym mistrzem, jak w śpiewie.

I oto jest rok 1925. Kiepura ma 23 lata (urodził się 16 maja  1902 roku). Występuje w „Fauście" we Lwowie w roli tytułowej, ponieważ główny tenor zachorował, ale na afiszu figuruje pod trzema gwiazdkami, ponieważ nikt go nie zna. Cóż więc robi ? Kaczyński pisze, że odwiedza on swoich kolegów / Sosnowca, którzy studiują we Lwowie na wyższych uczelniach, zaprasza ich na spektakl, wręcza im pieniądze, prosząc, żeby kupili sprzedawane wtedy przed Operą maleńkie bukieciki fiołków. Chce, żeby po zakończeniu pięknej, ale bardzo trudnej arii zakończonej wysokim „C", koledzy rzucili mu te kwiatki na scenę. Nazajutrz pisano w „Gazecie Lwowskiej": „Cóż za niezwykły debiut. Ledwie pojawił się na scenie młody nieznany artysta a już rozentuzjazmowana publiczność zarzuciła go bukiecikami kwiatów".

Później był sukces w Operze Poznańskiej i w Teatrze Wielkim w Warszawie.
Nadeszło lato roku 1926, kiedy Kiepura miał 24 lata. W czasie wakacji - pisze Bogusław Kaczyński - „na warszawskim hipodromie czyli na torach wyścigowych urządzano zabawny turniej śpiewaczy. O tytuł 'króla tenorów polskich' mieli walczyć artyści warszawscy oraz śpiewacy przybyli specjalnie na ten dzień do stolicy - jak się wówczas mówiło - z prowincji. Ktoś namówił Kiepurę, aby wziął udział w tym turnieju. Jan wyraził zgodę, przywdział biały garnitur, wcisnął na czoło słomkowy kapelusz i wyskoczył na estradę turniejową, aby zaśpiewać kilka utworów ze swego repertuaru. Po zakończeniu występów jury ogłosiło werdykt: jednogłośnie 'królem tenorów polskich' wybrano Jana Kiepurę".
„Lecz oto wśród ogólnego entuzjazmu - ciągnie Bogusław Kaczński - podszedł do naszego śpiewaka jakiś starszy pan i przedstawił się jako impresario z Paryża, który przejazdem bawił w Warszawie. Gratulując sukcesu Kiepurze, powiedział: 'Bardzo uważnie słuchałem pana występu. Pan ma wielki talent, wspaniały głos. Niech pan nie marnuje swojej szansy tutaj. Pana głos stworzony jest do śpiewania w Wiedniu, Berlinie, Paryżu, Londynie. Proszę stąd czym prędzej wyjechać. Urządzę panu przesłuchanie w Operze Paryskiej.

Myślę, że zainteresuję pana głosem dyrekcję'. Mówiąc te słowa sięgnął do portfela. 'Oto zaliczka na podróż do Francji. Bilet kolejowy wręczę panu jutro'. Kiepura jak zaczarowany słuchał tego, co mówił impresario, ale odpowiedział, że nie może tak nagle, na hipodromie, podjąć tak ważnej decyzji. Tłumaczył, że musi zapytać o zdanie dyrektora Opery Warszawskiej, Emila Młynarskiego. Panowie umówili się na spotkanie następnego dnia w apartamencie impresaria w Hotelu Bristol.

„Nazajutrz rano Kiepura, odświętnie ubrany, zjawił się w Teatrze Wielkim i poprosił o spotkanie z dyrektorem Młynarskim. Został niezwłocznie przyjęty. Pan dyrektor bardzo serdecznie przywitał go i nad wyraz pochlebnie wyrażał się o ostatnich jego występach. Komplementował głos Jana, który coraz bardziej się rozwija. Kiepura przerwał te komplementy i zapytał: 'Panie dyrektorze, jakie są plany Opery Warszawskiej względem mojej osoby ?'. Emil Młynarski raz jeszcze powtórzył, że głos się rozwija, talent rozkwita i że ma dla Jana dobrą wiadomość. Na nowy sezon zamierza zaangażować go na stały kontrakt do Teatru Wielkiego. A Kiepura na to: 'A za ile, panie dyrektorze ?'. Emil Młynarski zdumiał się, nie miał bowiem w zwyczaju prowadzenia z młodymi śpiewakami rozmów, utrzymanych w podobnym tonie. Zapanowała chwila kłopotliwego milczenia, którą przerwał Kiepura: 'No, myślę, że powinienem otrzymywać za występy tyle, ile dostają pierwsi warszawscy tenorzy -Dygas i Gruszczyński'. Emil Młynarski zaniemówił z wrażenia i dopiero po chwili wyksztusił z siebie: 'Pan chyba nie wie, co mówi. Dygas i Gruszczyński są europejskiej sławy śpiewakami, dźwigają cały repertuar Teatru Wielkiego. Ja nie twierdzę, że pan w przyszłości nie ma szansy zająć pozycji Dygasa czy Gruszczyńskiego, ale w tej chwili nie mogę panu zaproponować nawet połowy ich gaży',

Usłyszawszy te słowa Kiepura wstał, groźnie zmarszczył czoło i mając w dłoni swój czarny kapelusz, powiedział: 'No cóż, widzę, panie dyrektorze, że wciąż nie ma dla mnie miejsca w warszawskim Teatrze Wielkim'. Ukłonił się i wyszedł".

 (Dalszy ciąg nastąpi).

wydawca: A. Szkoda