Zygmunt Broniarek

Plotki płotki i GRUBE RYBY

Zalążek prywatnego tygodnika           nr. 670  rok XIV

Bogusław Kaczyński : Jak Kiepura zdobywał sławę.

Odcinek drugi: „Przygody Pana Jana w Wiedniu"

(W odcinku pierwszym, Jan Kiepura, występując w Teatrze Wielkim w Warszawie, mając 24 lata i zdobywając zaledwie towarzyski tytuł „króla tenorów polskich", otrzymuje propozycje wyjazdu do Opery Paryskiej oraz pieniądze na wyjazd. Żąda wiec od dyrektora Teatru Wielkiego takiej samej gaży jak renomowani pierwsi tenorzy. Spotkawszy się z odmową, wyjeżdża. Po drodze zatrzymuje się na trzy dni w Wiedniu, gdzie jest praktycznie zupełnie nieznany...).

J. Osterwa

W swej książce „Jan Kiepura", Bogusław Kaczyński pisze:

„Po przyjeździe do Wiednia, Kiepura odnalazł najtańszy hotelik na Mariahilferstrasse, ale już następnego dnia, pięknie ubrany, zjawił się w Ambasadzie Polskiej. Oddał woźnemu wizytówkę i list polecający od Aleksandra Zelwerowicza i poprosił, by zameldował go ambasadorowi. Kiedy woźny wszedł do gabinetu, ambasador zajęty był rozmową z Michałem Orliczem, kierownikiem literackim Teatru Reduta w Warszawie, którym kierował Juliusz Osterwa. (To wszystko były znamienite nazwiska w Polsce międzywojennej 1918-1939 - ZB). Pan ambasador przeczytał list polecający, a potem podniósł do oczu wizytówkę i głośno ją odczytał: 'Jan Kiepura, król tenorów polskich'. Powiedział: 'Proszę zakomunikować 'królowi tenorów polskich', że nie mam czasu ani dzisiaj ani jutro, a jak wynika z listu, pojutrze on wyjeżdża do Paryża. Jeżeli pilnie potrzebuje pomocy niech się skontaktuje z moim sekretarzem. Być może on będzie mógł mu udzielić rady'. Na to Orlicz: 'Panie ambasadorze, proszę pozwolić mi zejść na dół. Ja znam tego człowieka z Warszawy. To bardzo miły choć -przyznaję - nieco dziwny człowiek. Być może jakaś pomoc jest mu natychmiast potrzebna. On przecież pierwszy raz jest za granicą'.

„Orlicz zszedł na dół i zapytał: 'Panie Janie, co pana sprowadza do Wiednia ?'. Kiepura powiedział: 'Przyjechałem tu na trzy dni, a właściwie to na dwa, gdyż pojutrze wyjeżdżam do Paryża, gdzie czekają mnie występy w Operze. Jutro rano zamierzam złożyć wizytę dyrektorowi Opery Wiedeńskiej, Franzowi Schalkowi, aby z nim omówić wystawienie 'Halki' ze mną - ma się rozumieć - w roli Jontka. Przecież oni w Wiedniu nie mają pojęcia, jak tę partię naprawdę należy zaśpiewać'. Orlicz patrzył na Jana z niedowierzaniem i powiedział: 'Pan jest pierwszy raz za granicą, to widać i słychać. Ale nie zna pan tutejszych realiów. Franz Schalk jest dyrektorem czy raczej dyktatorem Opery Wiedeńskiej, a pan chce mu złożyć wizytę jutro rano i mówić o 'Halce', Moniuszce i o sobie...'. A Kiepura na to: 'No przecież tłumaczę panu, że pojutrze wyjeżdżam do Paryża, więc muszę iść do niego jutro'. Ale Orlicz nie czekał na to, co stanie się jutro, tylko zabrał Kiepurę na wcześniej umówioną kolację do Bronisława Woflsthala, znanego polskiego dyrygenta, który w tym czasie przygotowywał premiery w Yolksoper, tym drugim i mniej znaczącym teatrze operowym naddunajskiej stolicy.

„Podczas kolacji odbyło się krótkie przesłuchanie i wszyscy zebrani wpadli w prawdziwy zachwyt. 'Pan ma znakomity głos - powiedział Wolfsthal - Jutro będę rozmawiał z moim dyrektorem i myślę, że zaproponuje panu przynajmniej występy gościnne'. Ale Orlicz - znowu - nie czekał na to, co się stanie jutro, tylko chwycił słuchawkę telefoniczną i zadzwonił do największego impresaria wiedeńskiego, Hugona Klepnera. Mówił, że przez dwa dni bawi w Wiedniu młody, niezwykle utalentowany tenor z Polski, i że warto i należy go przesłuchać. Knepler wyjaśnił, że jest bardzo zajęty i mógłby przesłuchać polskiego artystę najwcześniej za dwa tygodnie, a najlepiej za miesiąc. Orlicz prosił, prosił i prosił, aż Knepler powiedział: 'No dobrze, robię to tylko dla pana ze względu na naszą i świetnie układającą się współprace. Proszę być w moim gabinecie jutro punktualnie o dwunastej. Ale będę miał dla panów zaledwie piętnaście minut. Jestem naprawdę bardzo zajęty'.

„W południe następnego dnia Kiepura i Orlicz weszli do gabinetu impresaria. Po krótkiej prezentacji Jan Kiepura poproszony został do fortepianu i zaśpiewał arię Księcia z opery 'Rigoletto'. Po jej zakończeniu, Klepner zamknął klawiaturę i powiedział: 'Czas nasz dobiegł końca. Nie wiem, doprawdy nie wiem, co mogę panu powiedzieć. Muszę poważnie się nad tym zastanowić. Proszę przyjść do mnie jutro, też o dwunastej w południe'.

„Kiedy Kiepura znalazł się na ulicy powiedział: 'Nie wrócę do niego więcej. Przez cały czas śpiewania patrzyłem na twarz tego człowieka. On nawet na mnie nie spojrzał, nie uniósł głowy w moją stronę. Ja mu się nie podobam, mój śpiew mu się nie podoba. Wyjeżdżam jutro do Paryża'. A Orlicz na to: 'Nie powinien pan rezygnować chwilę po starcie i wyciągać pochopnych wniosków. Niech pan nie zapomina, że jest pan tutaj nikomu nie znanym artystą. Jeśli chce pan budować karierę w tym innym od naszego świecie, musi się pan uzbroić w pokorę i cierpliwość'.

Opera Berlińska

Opera Wiedeńska

„Następnego dnia panowie znów weszli do gabinetu impresaria. Zastali tam dwóch panów. Ten drugi to Guttman, największy impresario berliński, pospiesznie nocą sprowadzony do Wiednia. Po krótkiej rozmowie poproszono Kiepurę o zaśpiewanie jeszcze jednej arii. Jan wybrał strettę (część utworu operowego obrazującą moment kulminacyjny - ZB) z 'Trubadura'. Po zakończeniu przesłuchania Knepler powiedział: 'Proponuję panu kontrakt na trzy lata. W pierwszym roku będzie pan otrzymywał sto pięćdziesiąt dolarów za występ, w drugim roku trzysta dolarów, a w trzecim roku czterysta. Do tego dochodzi wysoka, sięgająca odpowiednio 50 - 75 procent dopłata z wpływów kasowych'. Były to w owych latach ogromne kwoty, szczególnie, że zaproponowano je młodemu, nikomu nieznanemu śpiewakowi. Kiepura w milczeniu słuchał tego, co mówił impresario, poczem usiadł przy biurku, poprosił o podanie pióra i zaczął  mnożyć i dzielić, dzielić i mnożyć. Przeliczał szybko szylingi na dolary, dolary na złotówki. Trwało to dłuższą chwilę. Zdumiony Orlicz - jak po latach wspominał - z wrażenia spocił się od stóp do głów i z niedowierzaniem patrzył na to, co ten chłopak wyprawia. Dwaj impresariowie też bardzo go obserwowali. Po długim rachunku Kiepura leniwie uniósł głowę i powiedział bez entuzjazmu w głosie: 'Niech będzie'. I podpisał kontrakt. Dopiero kiedy znalazł się na ulicy wyznał Orliczowi: 'Panu zawdzięczam ten niezwykły kontrakt, nigdy panu tego nie zapomnę i dzisiaj ja zapraszani na obiad'.

Zaledwie jednak przeszedł kilka kroków, Kiepura zatrzymał się, zerwał z głowy kapelusz i wymachując nim, zawołał: 'Wracajmy, wracajmy!'. Zdumiony Orlicz zapytał: 'Co się stało ? Czy coś nie w porządku ?'. A Kiepura na to: 'Nie ma chwili do stracenia. Niech pan biegnie za mną i wszystko dobrze tłumaczy'. Po schodach pędził więc młody Kiepura, a za nim, sapiąc i dysząc, niemłody już Michał Orlicz.

„Kiedy Kiepura wbiegł do gabinetu impresaria, panowie siedzieli przy stoliku, pili koniak i palili cygara ubawieni znakomitą transakcją, jaką przed chwilą zawarli. Widząc Kiepurę, czerwonego na twarzy, z rozwianym włosem i błędnym wzrokiem, zerwali się na równe nogi. Knepler zawołał: 'Jak mogliśmy popełnić tak straszną gafę ? Nie zaprosiliśmy panów po podpisaniu kontraktu na lampkę koniaku. Proszę z nami zostać'. Kiepura energicznym ruchem ręki przerwał te słowa i wzburzonym głosem powiedział: 'Większą gafę to ja popełniłem....'".
Bo jemu wcale nie o lampkę koniaku chodziło...

(Dalszy ciąg nastąpi)

wydawca: A. Szkoda